Strona główna

niedziela, 5 stycznia 2014

Rose znaczy róża.

 Na imie miała Rose. Kiedy się przedstawiała zawsze naciskała na znaczenie swojego imienia. Kogo to obchodzi co znaczy jej imie? Imie to imie. Wiedziała, że wszyscy tak myślą, mimo to robiła to dalej, nie chciała później brać na siebie całej odpowiedzialności za to, że ludzie nie potrafią czerpać odpowiednich wniosków z przeprowadzonych rozmów. Mówią, bo tak trzeba- słuchają, bo tak wypada.

Czasem zdarzy sie ktoś kto nawet nie udaje, że potrafi słuchać. Może i lepiej? Od razu wiadomo, że nie trzeba się trudzić i można posiedzieć w milczeniu. Rose uwielbiała siedzieć w ciszy. Nie lubiła naduzywać słów. Lubiła też samotność. Ona-cisza-samotność to jej idealny stan ducha, mogła w tedy być tylko obserwatorem, mogła zatracić się we własnej piramidzie. Tylko w tej sytuacji mogła zapomnieć o znaczeniu swojego imienia, tylko wtedy wiedziała, że jej kolce nikogo nie ranią. Uciekała więc od świata jak tylko mogła, zamykała się na klucz i ograniczała swoje działania do minimum. 

Kiedy tak siedziała pod ścianą i obserwowała przechodzacych obok ludzi zauważyłem w jej oczach dziwny blask. Próbowała go ukryć, próbowała wyglądać jakby nie istniała. Myślę, że jej się to udawało, nikt jej nie zauważał, nikt na nią nie patrzył- tylko ja. Teraz, kiedy o tym myślę, jestem pewien, że ona czuła na sobie mój wzrok, dobrze wiedziała, że ją obserwuję, to w tedy właśnie ujawniła się na sekundę i pokazała ten skrywany blask. Tamtego dnia jeszcze o tym nie wiedziałem, nie wiedziałem co chiała mi tym przekazać. Uznałem, że zostałem wybrany, że jej oczy mnie wybrały, bym poczuł się wyjątkowy...

Podszedłem więc do niej i zaczałem  "Jak masz na imie ?"  spojrzała mi prosto w oczy, nikt nigdy nie patrzył w moje oczy tak głęboko, jakby właśnie czytała wszytskie moje myśli, zastanawiając się czy jestem gotów na rozmowę z nią. "Na imie mam Rose. Rose znaczy(... ) Przerwałem jej "Wiem co to znaczy" Opusciła wzrok, opusciła go w taki sposób, że zacząłem mieć wyrzuty sumienia, wyrzuty sumienia o przerwanie jej zdania. Po chwili, kiedy już chciałem ja przepraszać, ona powiedziała "Nie przerywaj mi prosze nastepnym razem, kiedy będę Ci się przedstawiać. Na imie mam Rose. Rose znaczy Róża." Wtedy jeszcze nie rozumiałem sensu tego zdania, nie zastanawiałem się nad tym co powiedziała, tak naprawde jej nie słuchałem choc myslałem, że było inaczej. Z całej jej wypowiedzi ja wyciągnąłem tylko jej imie. 

Była otwarta, mogłem rozmawiać z nią godzinami. Pisaliśmy ze sobą całe dnie kiedy się nie widzielismy. Zawsze mieliśmy o czym. Tenaty zmieniały się jak szalone. Czułem się przy niej dobrze, czułem, że akceptuje mnie całego, że bierze mnie takim jakim jestem. Cudone uczucie, kiedy ani przez chwile nie musisz wstydzic się tego kim jesteś, że możesz po prostu być. Mogłem zasnąć tuż obok niej wiedząc, że jej to nie przeszkadza. Mogłem...Mogłem wszystko i z tego korzystałem nie widząc jak moja ukochana umiera.

To nie kolejna znana wam filmowa historia o tym, ze młody mężczyzna zakochuje się w kobiecie, kiedy nagle dowiaduje się, że ona jest ciężko chora i umiera...

Ona nie była ciężko chora, była po prostu moja. Żyłem z nią nieświadom tego, że jej słowa maja więcej znaczenia niz te wypowiadane przez przypadkowo poznanych ludzi. Czy próbowaliście kiedyś naprawdę słuchać drugiego człowieka? Słuchać zanim uświadomicie sobie, że coś jest nie tak? Słuchać, kiedy on mówi, a nie prosić by coś powiedział, kiedy już wszytsko zostalo wypowiedziane?

Zaczeło się coś psuć. Zaczęła do mnie strzelać, strzelała pociskami tak mocnymi, że ledwo uchodziłem z życiem. Przestawała mówić, przestawała... Coraz częściej i mocniej zamykała się w swojej ciszy i w swojej samotności. Początkowo myslałem, że ona tego chce ale to nie było tak.

Jej oczy błyszczały, błyszczały tak mocno, że aż bolało mnie kiedy w nie patrzyłem. To nie był blask życia, to był blask usychania. Ona usychała. Żyłem cały czas przy niej, byłem z nią, byłem bliżej niż ktokolwiek inny, i nie widziałem, że z dnia na dzień ona usycha coraz bardziej. 

Ona była różą, oddała mi siebie. Oddała mi siebie całą, pokazała wszystko od początku do końca, zawsze mówiąc czego potrzebuje. Czasami mówiła to tak często, że wyłączałem się na to. Po co słuchać tego samego non stop? Nie zadbałem o nią. Z jej przyjaciela stałem się wrogiem, broniła się swymi kolcami jak mogła ale nie miała siły, tak dawno nikt o nią nie zadbał, nikt jej nie podlał. Moje meskie dłonie zawsze z nią wygrywały, odrywałem jej kolce by móc się do nie zbliżać wciąż na nowo i na nowo. Obiecywałem, że tym razem się nią zaopiekuję, opiecywałem- obietnice bez pokrycia. Gdybym wiedział... Gdybym w tedy wiedział ile prawdy niosła nasza pierwsza rozmowa. Gdybym wiedział, że ten blask w jej oczach był wołaniem o pomoc, że tak bardzo chciała być pokochaną, że tak bardzo pragnęła by osoba, która ja dostanie potrafiła o nią zadbać...

Ja nie potrafiłem. Miłość nieodwzajemniona potrafi niszczyć. Potrafi sprawić, że druga osoba tez przestaje wierzyć w miłość. Miłość tak prostą i banalnie oczywistą w naszym zyciu. Ona się bała, była różą, która mimo kolcy, nie potrafiła uchronić się przed miłością, ja jej nie pomogłem. Teraz jej nie ma. Znowu siedzi pod ta samą ścianą i obserwuje ludzi. Czasmi przychodze tam by na nia popatrzeć, ona nie patrzy już w oczy nikomu. Juz nie wierzy, że ktoś może ją kochać...