Na świecie żyje sześć miliardów ludzi. Choćbyśmy się zawzięli aby powiedzieć, że każdy z nich postrzega świat inaczej, nie uciekniemy od faktów. A fakty mówią, że każdy człowiek świat może postrzegać poprzez ograniczona ilość zmysłów. Jedni wola patrzeć inni słuchać. Są tacy co świat odbierają dotykiem, jak i tacy co wolą go kosztować. Jednak podobno żaden z nich nie odbierze nigdy świata takim jaki jest naprawdę. Bo świat trzeba umieć objąć z każdej strony. Trzeba go widzieć, słyszeć, czuć i kosztować, tak jak filiżankę ukochanej kawy. Są ludzie którzy posiedli umiejętność postrzegania świata każdym zmysłem. Jednak co z tymi, którzy w pewnym momencie życia, odrzucają jakikolwiek sposób postrzegania świata?
Nadia miała dziewiętnaście lat, długie ciemne włosy i wiecznie zamyślone oczy. Poruszała się gracją tancerki i lubiła żyć, tak po prostu.
- Myślisz że tak można?
- Jak?
- No zakochać się tak mocno, że z dwóch osób robi się jedna.
- Nie wiem, ale to chyba niemożliwe, bo to by oznaczało, że jedna z tych osób siedzi w drugiej.
- Tak masz racje, to było głupie pytanie.
Nocne wędrówki umysłu. Moje fobie nie są częscia zabawy, ale przytulaja mnie czasem, kiedy myślisz że spię. To nic takiego, to jest jak sól, której przestanę dodawać do życia.
Tak samo jak lubiła żyć, lubiła swoją przyjaciółkę. Miały tyle samo lat i nigdy nie kończyły im się tematy do rozmów. Rozmawiały ciągle, bez przerwy, nawet wtedy gdy milczały.
- Co to znaczy, że coś jest absurd?
- Dlaczego pytasz?
- To słowo powiedziała dzisiaj mama jak jej mówił na co jestem chora
- Co byś zrobiła gdybym Ci powiedziała, że miłość kocha miłość?
- Że to niemożliwe
- To jest właśnie absurd
- A więc jestem zupełnie zdrowa?
- Oczywiście że tak
I kolejny zgrzyt w jej kolorowym świecie. To taki nagły krzyk syreny, zakłócającej dotychczasowy spokój. Krzyk który dla niej był niczym muzyka.
- Nadio, już jest siedemnasta - usłyszała znajomy męski glos
- A tak już idę - odpowiedziała i odeszła od okna. Raz jeszcze spojrzała na okrągły zegar na ścianie. Dwie czarne wskazówki niczym wąsy potężnego tygrysa falujące na silnym wietrze poruszały się powolnie, poganiane przez mniejszą, czerwoną. Delikatne tykanie już od lat miało swój własny rytm. Bicie malutkiego serca, popychane silniejszą linią życia. Koło wykonane na zamówienie kogoś innego. Złudne westchnienia wołające o chwilę spoczynku. Bezustanne kroki wyznaczające ciągle tą samą drogę, usypaną sześćdziesięcioma małymi kamyszkami, w ciągu jednej minuty marszu. Chwiejne myśli czekające na noc. Nieustanny choć słabo wybijany rytm zagubionego serca.
Tak, była już siedemnasta.
Ona jest bez skazy
Jak oszlifowany lód
Ona troszkę brudna
Jak kosmaty diabeł
Znudzona tym samy widokiem co zawsze, nie rozglądała się już dookoła. Wpatrzona w końcówki swoich czerwonych adidasów, nie zwracała uwagi na kroczącego obok mężczyznę. Był nawet przystojny. Wysoki, szczupły o delikatnych rysach twarzy i czarnej czuprynie. Nie wiedziała jaki ma kolor oczu, a przecież zawsze w nie patrzyła. Miał za to piękne dłonie. Dotykał ją czasami, gdy jej przyjaciółka była nieposłuszna. Nigdy jednak jej nie skrzywdził. Miał tylko jedną wadę - był mężczyzną, a tego się nie wybacza.
Jeszcze mnie wołaśz, choć juz dawno przy Tobie stoję.
- Masz papierosa ? - spytała nagle
- Nie wiedziałem, że palisz
- Nie palę, ale jestem ciekawa jakie to uczucie kiedy tytoń przeciąga się przez twoje ciało, jak powolna trucizna trująca pomalutku - powiedziała patrząc przed siebie
- Nie palę i ty również nie powinnaś - zwrócił jej uwagę
- Zapamiętaj jedno - obróciła twarz w jego stronę - Nie ma już rzeczy których nie powinnam
- Jak wolisz -zbagatelizował jej poważny ton i przystanął przy beżowych drzwiach -Mów mi Alex - uśmiechnął się szczerze
- Po co?
- Miło jest się czasem do kogoś odezwać, prawda ? - usiłował spojrzeć jej w oczy
- Rozmowa kimś może być naprawdę ryzykowna - uśmiechnęła się gorzko
- Jesteś szalona. - westchnął
- Wiesz ... - złapała za klamkę i spojrzała mu w oczy - Miałbyś piękny kolor oczu gdyby należały do mnie - weszła do doskonale znanego pomieszczenia.
Nadia miała dziewiętnaście lat, długie ciemne włosy i wiecznie zamyślone oczy. Poruszała się gracją tancerki i lubiła żyć, tak po prostu.
- Myślisz że tak można?
- Jak?
- No zakochać się tak mocno, że z dwóch osób robi się jedna.
- Nie wiem, ale to chyba niemożliwe, bo to by oznaczało, że jedna z tych osób siedzi w drugiej.
- Tak masz racje, to było głupie pytanie.
Nocne wędrówki umysłu. Moje fobie nie są częscia zabawy, ale przytulaja mnie czasem, kiedy myślisz że spię. To nic takiego, to jest jak sól, której przestanę dodawać do życia.
Tak samo jak lubiła żyć, lubiła swoją przyjaciółkę. Miały tyle samo lat i nigdy nie kończyły im się tematy do rozmów. Rozmawiały ciągle, bez przerwy, nawet wtedy gdy milczały.
- Co to znaczy, że coś jest absurd?
- Dlaczego pytasz?
- To słowo powiedziała dzisiaj mama jak jej mówił na co jestem chora
- Co byś zrobiła gdybym Ci powiedziała, że miłość kocha miłość?
- Że to niemożliwe
- To jest właśnie absurd
- A więc jestem zupełnie zdrowa?
- Oczywiście że tak
I kolejny zgrzyt w jej kolorowym świecie. To taki nagły krzyk syreny, zakłócającej dotychczasowy spokój. Krzyk który dla niej był niczym muzyka.
- Nadio, już jest siedemnasta - usłyszała znajomy męski glos
- A tak już idę - odpowiedziała i odeszła od okna. Raz jeszcze spojrzała na okrągły zegar na ścianie. Dwie czarne wskazówki niczym wąsy potężnego tygrysa falujące na silnym wietrze poruszały się powolnie, poganiane przez mniejszą, czerwoną. Delikatne tykanie już od lat miało swój własny rytm. Bicie malutkiego serca, popychane silniejszą linią życia. Koło wykonane na zamówienie kogoś innego. Złudne westchnienia wołające o chwilę spoczynku. Bezustanne kroki wyznaczające ciągle tą samą drogę, usypaną sześćdziesięcioma małymi kamyszkami, w ciągu jednej minuty marszu. Chwiejne myśli czekające na noc. Nieustanny choć słabo wybijany rytm zagubionego serca.
Tak, była już siedemnasta.
Ona jest bez skazy
Jak oszlifowany lód
Ona troszkę brudna
Jak kosmaty diabeł
Znudzona tym samy widokiem co zawsze, nie rozglądała się już dookoła. Wpatrzona w końcówki swoich czerwonych adidasów, nie zwracała uwagi na kroczącego obok mężczyznę. Był nawet przystojny. Wysoki, szczupły o delikatnych rysach twarzy i czarnej czuprynie. Nie wiedziała jaki ma kolor oczu, a przecież zawsze w nie patrzyła. Miał za to piękne dłonie. Dotykał ją czasami, gdy jej przyjaciółka była nieposłuszna. Nigdy jednak jej nie skrzywdził. Miał tylko jedną wadę - był mężczyzną, a tego się nie wybacza.
Jeszcze mnie wołaśz, choć juz dawno przy Tobie stoję.
- Masz papierosa ? - spytała nagle
- Nie wiedziałem, że palisz
- Nie palę, ale jestem ciekawa jakie to uczucie kiedy tytoń przeciąga się przez twoje ciało, jak powolna trucizna trująca pomalutku - powiedziała patrząc przed siebie
- Nie palę i ty również nie powinnaś - zwrócił jej uwagę
- Zapamiętaj jedno - obróciła twarz w jego stronę - Nie ma już rzeczy których nie powinnam
- Jak wolisz -zbagatelizował jej poważny ton i przystanął przy beżowych drzwiach -Mów mi Alex - uśmiechnął się szczerze
- Po co?
- Miło jest się czasem do kogoś odezwać, prawda ? - usiłował spojrzeć jej w oczy
- Rozmowa kimś może być naprawdę ryzykowna - uśmiechnęła się gorzko
- Jesteś szalona. - westchnął
- Wiesz ... - złapała za klamkę i spojrzała mu w oczy - Miałbyś piękny kolor oczu gdyby należały do mnie - weszła do doskonale znanego pomieszczenia.
Pozwoliła sobie, aby ostatnia rozmowa z kimś o imieniu Alex, rozpłynęła się po jej duszy. nie potrzebowała litości. Nie ufała nieznajomym.
Czarnowłosy przez chwile jeszcze stał, wpatrzony w zamykające się z tupetem drzwi. Nie był mężczyzną. Nie był sanitariuszem z własnej woli. Służba zastępcza tak to się nazywało. Przecież to i tak było lepsze od wojska. On lubił rozmawiać. Robił to ze wszystkimi, aby tylko zagłuszać swój wewnętrzny głos. Bał się, że w tej dziewczynie jest więcej z niego niż z niej, a może bardziej z jego pragnień. Ona była szalona, on wolał rozmawiać z innymi.
Niech światła reflektorów
Zakryją ci oczy
Nie zobaczysz
Jak potrafi się uśmiechać
Usiadła na jasnym, drewnianym krzesełku. Zsunęła się lekko tak aby siedzieć teraz w taki sam sposób jak siadała w szkole.
- A jeśli któregoś dnia będę chciała cię zostawić?
- Zginiesz beze mnie!
- To lepsze, niż umieranie na raty... Odejdź!
- Wiesz, że na to jest tylko jeden sposób.
- Chcesz abym cię zabiła ?
- To ty tego pragniesz.
- Pragnę miłości.
- A więc kochaj... mnie
- Nienawidzę cię!
- Też cię kocham.
Ten sam scenariusz wydawał się już nie sprawiać jej trudności. Lubiła mężczyznę o beznadziejnych oczach i pięknych dłoniach. Kobieta w białym fartuch miała ciepły głos, mimo iż jej twarz była pokryta zbyt grubą maską pudru o brzoskwiniowym odcieniu.
- To go boli - zwróciła uwagę kobiecie która nerwowo pukała koniuszkami palców w drewniane biurko
- Proszę?
- Stół . - pokazała na dłoń kobiety - sprawia mu pani ból
- Rozumiem - powiedziała- A więc bez zmian - szepnęła sama do siebie
- Wie pani że on też ma duszę? Wszystko ma duszę ! To ten głos wewnątrz nas, to, to jacy jesteśmy.-mówiła spokojnie, patrząc na podłogę -Nasze ciało jest głupie, nawet nasz mózg to zwykły automat. Dusza to pozycja wśród szarej pozy. - spojrzała na lekarkę - A ja... Ja mam dwie dusze i bardzo lubię poezje.- uśmiechnęła się
- Tak - lekarka uśmiechnęła się - Możesz już iść - dziewczyna posłusznie opuściła gabinet.
- Jesteś głupia
- A więc i ty również
- Ale ja kiedyś byłam normalna
- Psycholka...
Ale czy to nie prawda? Czy istotnie nie wszystko duszę posiada? Bo jak inaczej wyjaśnić jęk starego tapczanu, gdy rzucamy się na niego zbyt wielkim okrucieństwem? Albo cichy płacz szafy przesuwanej zbyt wielką siłą. Wszysto ma dusze, a dusza boli bardziej niż calo.
Więc dlaczego nie wstaniesz i nie wyjdziesz?
- Znów rozmawiasz sama ze sobą
- Nie prawda, rozmawiam z tobą
- Przecież jestem tylko wytworem twojej wyobraźni
- W takim razie zniknij
- Nie mogę
- A więc bądź towarzyszem moich rozmów już na zawsze
Początki są najtrudniejsze. Ręce wyciągnięte w przyjaznym geście i deszcz zmywający wszystkie dobre uczynki ze zmęczonego ciała. Częste tęsknoty i ciche niesłyszalne szepty okrągłego zegara.
- Ty nie istniejesz.
- Tak. Z nikim nie rozmawiasz.
- Nie ma cię.
- Nigdy mnie nie było.
- Chodź, mam ochotę napić się herbaty.
- Ja też poproszę.
Można bardzo czegoś pragnąc. Można podobno pragnąć tez za bardzo. Ale skąd mamy wiedzieć jak bardzo to jest już za bardzo? Cienka jest granica pomiędzy normalnością a szaleństwem.
Ona jest szalona
I myślę, że ona o tym wie
Ona jest szalona
I myślę, że mi się to podoba
Jeszcze tego nie wiesz, choć może się spodziewasz,
że pewnego dnia spojrzysz w moje oczy i powiesz, że mnie kochasz.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz